Dziś dostałam paczuszkę z pasmanterii. Malutką, jak na sześć motków włóczki. Z dwóch planuję zrobić (w nieokreślonej przyszłości) skarpety dla męża. Pozostałe cztery... no cóż, nie wyglądają imponująco. Oczywiście, zanim zdążyłam pomyśleć o uwiecznieniu ich, został mi tylko jeden.
Nim się spostrzegłam, już miałam w rękach dwa najgrubsze szydełka jakie mam i pierwszy szaliczek był gotowy po jakichś... pięciu minutach.
Rozochocona sukcesem rozpakowałam pozostałe motki i poczyniłam (oprócz szaliczków) następujące obserwacje:
- beżowo-rudo-brązowy najlepiej się rozciąga, ale jest najmniej przyjemny w dotyku
- pomarańczowo-turkusowo-...itd...-grafitowy jest dosyć miękki, ma w miarę jednolitą strukturę dzianinki i średnio chętnie się rozciąga;
- rudo-czerwono-czekoladowy jest najbardziej zwarty, widoczne są równiutkie oczka i rzędy dzianinki, wykonany z niego komin przejdzie przez głowę wyłącznie niedużego dziecka, na pewno nie osoby dorosłej, ale za to potraktowany szydełkiem daje mięciutki, milutki, fikuśny szaliczek.
Beżowy dałam mojej Mamie, rudy Siostrze, neonkowy będzie mój (do grafitowej kurtki), a drugi beżowy dam koleżance, której obiecałam jakieś rękodzieło, tylko nie mogłam się zdecydować, co dla niej zrobić. Spróbuję drugiej techniki podpatrzonej tutaj , tej przez środek "komina"